Sparing: Bóg kontra reszta świata
dodano 15.11.2007
Jesteśmy głośni i żądni głoszenia opinii. Fochy pielęgniarek i górników, polityczne gwiazdy, bijące po oczach swoim blaskiem wiernych „astrologów” ok. 19:00 każdego dnia, kondycja Rospudy, wielki (wirtualny?) stadion Euro 2012, inkwizycja czy tolerancja homoseksualistów wreszcie Kaczor czy Donald.
Wszystko to nas pochłania i absorbuje do tego stopnia, że czujemy się zobligowani do uświetniania tymi tematami rodzinnych obiadów, spotkań towarzyskich czy chwil we dwoje, gdy kwestia pogody została wyczerpana. Pielęgnujemy swoje zdania na temat różnych modnych tematów poruszanych przez media, aby inni postrzegali nas jako światłych i wszechstronnych obywateli. Ale sielanka zostaje przerwana gdy pada słowo: Bóg. Cisza na sali. W każdym obecnym kolejno, niczym gęsi, przelatują przez głowę następujące myśli: 1. zaraz dostanie za moherowanie 2. dobrze e to nie ja powiedziałam/em, 3. chyba się nie sypnę, że wierzę 4. może zasugerować jednak pogadankę o pogodzie? Dlaczego? Dlaczego właśnie tak mimowolnie reagujemy w naszym kraju, w naszych czasach, tu i teraz, gdy zostaniemy zagadnięci o nasza wiarę, o sferę duchową naszego życia? Kto jest odpowiedzialny za ta machinę, która sprawia, że będąc ludźmi wierzącymi czujemy się zawstydzeni i zakłopotani? Bałagan. Totalny nieład w interpretacji. Błędna personifikacja. Utarte schematy. Szufladkowanie. Jak wspomniałam, kochamy newsy z życia politycznego i społecznego. Dlatego każdy z nas zna takie nazwiska jak Hejmo czy Maliński. Wiemy, jak rzecz się ma z siostrami Betankami. Kochamy mydlaną operę z ojcem dyrektorem w roli głównej. Jesteśmy pełni politowania dla „moherowych beretów”. Matki starsza nieposłuszne dzieci księżmi – pedofilami. Tak, smutne fakty. Ale teraz pytam: dlaczego zatem wstydzimy się Boga i tego że wierzymy? Czy kochamy Boga czy ojca Hejmo? Czy modlimy się do Boga czy do ojca Rydzyka? Czy w końcu moherowy beret może się stać identyfikatorem tego czy ktoś wierzy czy nie? Czemu myśląc o wierze staje nam przed oczami nuda, klepanie Zdrowasiek, a sama wiara wydaje się być domeną nieudaczników życiowych, którym nic nie wyszło w życiu i jedyna instytucją w której nie czują się wyobcowani jest kościół? Czyż to nie śmieszne i tchórzliwe? Niestety, owszem. MY, piękni, czyści, pachnący i chyba inteligentni panicznie boimy się szwanku na naszym ego, krytycznych szeptów, pragniemy być identyfikowani przez ludzkość jako taktowni, pełni klasy, bez żadnej rysy na naszym kryształowym charakterze do tego stopnia, że boimy się przyznać do tego, że w coś wierzymy, że jesteśmy na tyle słabi, żeby w coś wierzyć. No, może, gdzieś tam, czasem, jak nikt nie patrzy recytujemy półgłosem modlitwę, może Bóg namierzy i wysłucha. Dyskretnie. Taki romans z Bogiem, bez zbędnych świadków. A czy Bóg nas nie odrzuca? Jakiś dziadek o pobrużdżonej twarzy, w waciaku, któremu się pomieszało na starość, który krzyczy i rozkazuje, nie zna zabawy ani rozrywki, a gdy chrupią Mu kości na ziemi słychać grzmoty – średnio zachęcające. Ale co, jeśli Bóg jest superprzystojnm brunetem o oliwkowej karnacji, który świetnie tańczy hip-hop, a gdy za mocno zabaluje z Aniołami, na Ziemię spadają katastrofy? Fajnie, prawda? Dlaczego zatem pytani o Boga czy o nasza wiarę staramy się ominąć temat, identyfikując pytanie z „jak często nosisz moherek?” I nie chodzi mi tutaj o ateistów czy ludzi, którzy mają jakiś głęboki żal do Boga, ale myślę raczej o tych, którzy wierzą, ale boja się o tym mówić. To tak jakby w konspiracji chodzić do warzywniaka, bo to wstyd, że musimy jeść. Albo wcale nie jeść. To grozi anoreksją. A przecież chyba chcemy być piękni.
wróc do artykułów