Ithink.pl - Dziennikartstwo Obywatelskie
Fenomen Ogiera
dodano 02.01.2007
Sylvester Stallone w szóstej i, miejmy nadzieję, ostatniej odsłonie filmu „Rocky” powiela te same schematy. A jednak mimo naiwnej konwencji jest w tym obrazie coś, co przyciąga przed ekran.
W nowym Rockym historia zatoczyła koło. Tytułowy bohater mieszka tam, gdzie w części pierwszej, ponownie też musi wspinać się od zera na sam szczyt. Nawiązań do poprzednich odsłon filmu jest zresztą więcej i myślę, że odkrywanie niektórych z nich będzie prawdziwą gratką dla fanów.
Ale przecież nie to jest wisienką na torcie poprzednich filmów. Największą gratką były zawsze montowane wraz z chwytliwą muzyką sceny morderczego treningu i sama walka. I nie ma tu zaskoczeń – przy dźwiękach „Gonna Fly Now” i „Oka Tygrysa” widzimy Balboę podnoszącego ciężary i biegającego ulicami Filadelfii, kończąc, jak w I części na schodach Muzeum Sztuki, które raczej dzięki filmowi niż zgromadzonym eksponatom stało się prawdziwym symbolem tego miasta.
Pojedynek z Masonem przedstawiony jest w typowy dla Stallone’a sposób. Skupiony Rocky w szatni, gadki motywacyjne, pogodzenie się z synem, a potem… nie, końcówki Wam nie popsuję. Mogę tylko napisać, że o ile wcześniejsze filmy pod względem „sportowym” były dość dobre, tak teraz po Sly widać już upływ lat. Jednak w dalszym ciągu to ciekawe doświadczenie - oglądać w ringu jedynego na świecie pięściarza, który nie potrafi/nie umie/nie chce (niepotrzebne skreślić) trzymać gardy, a mimo to jest tak dobry. Film kończy się oczywiście tak, jak napisałem na początku – dobro wygrywa, choć (niespodzianka!) w bardzo pretensjonalny sposób.
Zastanawiając się, na czym polega fenomen pięściarza z Filadelfii zauważyłem, że niepostrzeżenie końcówkę recenzji zacząłem pisać z pozycji fana. Dlaczego? Bo chyba przy całej prostocie i banale tej opowieści jest coś pociągającego i inspirującego w oglądaniu zmagań tego człowieka. Uwodzi jego zapał, poświęcenie, a nade wszystko – czy te jałowe prawidła powtarzane przez niego jak mantra nie są w gruncie rzeczy prawdą? I czy „Oko Tygrysa” nie jest jedną z najbardziej „motywujących” piosenek w historii muzyki? Wszystko to skłania mnie do konstatacji, że dla osoby, która z chęcią obejrzała poprzednie części, odcinek szósty będzie miłą podróżą w przeszłość i dobrym zwieńczeniem całej serii. Mimo wszystkich niedociągnięć. A co z widzami, którzy nie dali się wcześniej uwieść serii? Cóż, być może pomogę dokonać wyboru, jeśli napiszę, że część VI jest najbardziej podobna do pierwszej, za którą film otrzymał kilka Oscarów. Wystarczy przymknąć oko na konwencję i powiedzieć sobie, że kino nie zawsze musi wiernie odzwierciedlać rzeczywistości.
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
REKLAMA
ARTYKUŁY O PODOBNYM TEMACIE
zobacz więcej
5 NAJLEPIEJ OCENIANYCH ARTYKUŁÓW