Ithink.pl - Dziennikartstwo Obywatelskie
"Opowiadanie o Kaziu" cz.1
dodano 02.03.2007
Witam wszystkich. Jestem Kazio. Wiem, moje imię wskazuje na zajęcie raczej rolnicze, lecz pozory mylą. Nie dajcie się zatem zwieść. Pod niewinnym imieniem kryje się bowiem krwiożercza bestia. Jestem najszybszym z szybkich, najbardziej zachłannym z zachłannych, wpijam się w duszę śmiertelników i wyciskam życie z ich ciał, jak sok z dojrzałego owocu.
Najstarszą z nas była Jadzia. Wysoka, dwunastolatka o lekko zaróżowionych policzkach. Okoliczne chłopaki stale się za nią uganiały, ale ja przyrzekłem, że będę jej bronił jak lew. Co prawda wtedy nie wiedziałem nawet, że coś takiego, jak lew istnieje. Dowiedzieć się o tym miałem dużo później, a jeszcze więcej lat miało upłynąć, nim udało mi się go zobaczyć. Nie mogłem jej jednak ustrzec przed tym, co najbardziej jej zagrażało. Obudziłem się w środku nocy. Usłyszałem ciche jęki i sapanie. Potem zobaczyłem Jadźkę leżącą brzuchem na stole i ojca na niej.
Jadałem przy tym stole jeszcze wiele lat.
Jadźka umarła mając lat 14,5. Spadła z drabiny i z wszystkich dziur lała się jej krew. Ojciec zawezwał wioskową szamankę, która zaczęła odprawiać jakieś tajemne rytuały. Nie pomogło, bo szamanka ponoć widziała siedzącą u wezgłowia jadzinego łóżka, śmierć. Ja tam nic nie widziałem.
Jadzia nie była oczywiście pierwszym dzieckiem moich rodziców, które umarło. Ogólnie było nas czternaścioro. Wieku dziecięcego dożyło ośmioro, wieku młodzieńczego pięcioro, dojrzałości tylko dwoje. Nie będę się nad nimi rozpisywał. Niektórych nawet nie znałem. Innych nie zadałem sobie trudu poznać. Nie byliśmy bardzo zżyci.
Tak więc moje dzieciństwo było raczej nieudane. Właściwie niewiele z niego pamiętam. Obrazy, twarze, uczucia z biegiem lat zacierają się coraz bardziej w mojej pamięci. Nie wszystkie.
Był październik. Ciepłe słońce z łatwością przebijało się przez ogołocone wiatrem gałęzie drzew. Razem z Kryśką i Wojtkiem zbierałem w lesie połamane gałęzie, spróchniałe części kory i wszelkie napotkane kawałki drewna, które w zimie miały nas ogrzewać. Ojciec podstawił pod las wóz i kazał na niego ładować cały znaleziony chrust. Sam zaś zszedł do wsi. Pracowaliśmy cały dzień, aż wreszcie wóz był pełny, ale ojciec nie wracał. Zaczynało być coraz ciemniej, coraz zimniej, coraz straszniej. Byłem najstarszy, ale nawet znajome, leśne, piękne odgłosy sprawiały, że po plecach przechodził mi lodowaty dreszcz. Zapadł zmrok, a ojciec wciąż nie wracał. Kryśka stojąc tyłem do wozu, jakby chciała się w nim ukryć, zaczęła piszczeć ze strachu. Wojtek wyglądał jakby zobaczył ducha. Objąłem ich i tak staliśmy przy wozie, twarzą zwróceni do zarośli, w których panował coraz bardziej nieprzenikniony mrok. Dla wesołości śpiewaliśmy starą, wiejską przyśpiewkę:
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
REKLAMA
ARTYKUŁY O PODOBNYM TEMACIE
zobacz więcej
5 NAJLEPIEJ OCENIANYCH ARTYKUŁÓW