Ithink.pl - Dziennikartstwo Obywatelskie
Auto(?)pedagogika. Garaż jako centrum kultury
dodano 02.07.2008
Garocin- "Jarocin w garażu", czyli jak dwudziestolatki zrobiły festiwal na wzór koncertów, które znają z opowieści...
Muzyka przeróżna. Rockowa kapela z coverami, później punk rock niczym z wczesnych dokonań Dezertera, połączony z The Clash i domieszką Sex Pistols. Grają nieźle. Frustracja wypływa z krzyku wokalisty, który wygląda niczym szeregowy skin head z filmu "romper stomper". "Nie jestem z pokolenia JPII! Nie!", "Bimber" i inne kawałki porywają publikę. Istne szaleństwo. Piętnastolatkowie skaczą obok trzydziestopięciolatków. Wrażenie wspólnego oporu przeciwko bzdurom z telewizji. Nie byłem w Jarocinie, ale wiem, co czuli zbuntowani przeciwko ówczesnemu systemowi, chociaż sam system zkanalizował bunt, tworząc festiwal. Tu jest o tyle inaczej, że nowy system stworzył warunki do zorganizowania festiwalu- bo co można zrobić, jeśli nie ma nic do roboty? M. opowiada mi, że Słupsk jest klasycznym przykładem zapadniętego pod ciężarem przemian ustrojowych miasta. I chyba ma 100% racji. Zatem, jeśli nie ma już nic i nie ma perspektyw, "no future" wykrzykiwane przez zespół z małej miejscowości pod równie zapadłym jak Słupsk Miastkiem w Powiecie Bytowskim, staje się prawdziwe. Bunt i krzyk są szczere, realne jak dwadzieścia lat temu.
Po "Rower Reverb" wskakuje na scenę zespół śpiewający po kaszubsku. W Słupsku niewiele osób rozumie o co chodzi, ale chłopaki grają i czują, że nie muszą się wstydzić. Podkultura autochtonów Pomorza nareszcie jest pełnoprawnym uczestnikiem kulturalnego wydarzenia. Nie w szkolnej piosence śpiewanej na apelu, nie w wymuszonym programie telewizji regionalnej, ale na scenie, na oddolnie zorganizowanym festiwalu w mieście, które zatrzymało się gdzieś w 1992 roku. Radiowóz policji zaparkowany w okolicy kamienic, tuż pod rozpadającym się betonowym murem nieco śmieszy. Alkohol jest wszędzie wokół i chyba nie ma zgody na jego spożywanie, wszak to publiczne miejsce, ale policja czuje, że wchodząc na teren koncertu, raczej zepsułaby wieczór sobie niż tańczącym w zapomnianym już prawie, szaleńczym pogo.
Po małej obsuwie wchodzimy na scenę. Wokalista w jednym z utworów znika ze sceny i obija mordę zaplątanemu przez przypadek na koncert faszyście, a może pijanemu, któremu podskoczyła agresja i zaczął znieważać kogo popadnie. Po zejściu ze sceny słuchamy jeszcze miejscowego zespołu- grupy znajomych, którzy specjalnie na koncert reaktywowali kapelę. Pakujemy się powoli do busa. Jakiś czas przed naszym występem cały teren wokół sceny ogarnia mgła. Gruba, tłusta mgła, która spływa na koncertową łąkę niczym izolacyjny klosz, potęgujący jeszcze wrażenie odrealnienia i przeniesienia się muzycznym wehikułem dwadzieścia lat wcześniej. Znowu ludzie razem, znowu bez przyszłości, znowu zbuntowani. System zmienił etykietę, ale w Słupsku raczej niewielu to interesuje- system wciąż istnieje. A póki istnieje i czuć jego oddech na karku, "no future" wydaje się jak najbardziej sensowne.
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
REKLAMA
ARTYKUŁY O PODOBNYM TEMACIE
zobacz więcej
5 NAJLEPIEJ OCENIANYCH ARTYKUŁÓW