Ithink.pl - Dziennikartstwo Obywatelskie
the Forgotten
dodano 02.11.2009
Tam, gdzie anioł mówi dobranoc, a diabeł skamle prosząc o łaskę.
Jest ciemno. Znowu. Zawsze jest ciemno. Jest noc. Jak zwykle. I chyba już nigdy nie będzie inaczej. Miałam wybór. Dokonałam go. Być może to była zła decyzja. A może nie. Ale teraz to nie ma już znaczenia. Nic tego zmieni. Wybrałam i muszę teraz wytrwać w swoim wyborze. Zresztą, nawet gdybym dostała kolejna szansę, to nie wiem czy byłabym na tyle silna, żeby wybrać inaczej. Teraz nie ma czasu na rozmyślanie. Mam zadanie i muszę je wykonać. Ten demon już zbyt długo się tu pałęta. Dałam mu szansę. Nie skorzystał z niej. Teraz będzie za to płacił. Zbliżam się powoli, bezszelestnie, tak, jak mnie nauczyli. Wyciągam sztylet z pochwy na udzie. Za blisko na miecz, a nie opłaca się marnować na niego kul. Nawet nie zorientował się, kto wbił mu ostrze w aortę. Zostawiam ciało wijące się w konwulsjach. Niedługo zamieni się w pył. Dust to dust. Odmawiam krótką modlitwę i strzepuję parę kropel krwi ze sztyletu. Wracam na swoje miejsce. Zamieram w bezruchu i obserwuję okolicę przerzucając się z jednego planu astralnego na drugi. Jest zimno, więc poprawiam pozycję i otulam się skrzydłami czarnymi jak noc. Do świtu pozostało już niewiele czasu. Może już nic się nie wydarzy. A może nie. Muszę być gotowa na wszystko. W końcu jestem Strażnikiem Nocy.
- Wyżej ręka! Wyżej! Co, nie rozumiesz?! Wyżej, kurwa! Przy zasłonie ręka idzie wyżej! Nad głowę, ostrzem w dół! Luźno! Luźno, do kurwy nędzy! To ma być zasłona miękka! Masz nie męczyć ręki!
Zanim się zorientowałam, uderzył. Zabolało. Jak cholera. Poczułam jak sztywnieje mi ramię. Zupełnie jakby złamało mi rękę. Nienawidzę go.
- Wstawaj.
- Spieprzaj.
- Oooo.. Czy mam donieść Gabrysiowi, że jego pupilek ma humory?
- Nie mam żadnych humorów. I nie jestem niczyim pupilkiem.
- Wstawaj.
Podźwignęłam się z kolan. Nienawidzę go. To trening. Mam się tu czegoś nauczyć a nie zginąć. A nie. Ja już nie mogę umrzeć. W końcu jestem w niebie. Co za głupota. Strażnik. Strażnik czego? Od kiedy przeszłam przez drzwi wszystko dzieje się tak szybko. Nie wiedzieć jak znalazłam się w pokoju, gdzie spotkałam anioła, który dał mi ubranie. Znowu czarne. Spodnie z materiału i kaftan. Skromne, ale wygodne i nie krępujące ruchów. Zdążyłam się przespać i przyszedł po mnie ten sam anioł, który dał mi rzeczy. W ogóle się do mnie nie odzywał, chociaż pytałam go o imię i o to, co tu się dzieje. Zwykły mruk. Jedyne co od niego dostałam to nieśmiertelnik z numerami 23/D/1508/2009. A potem zaprowadził mnie na salę treningową. Tak od razu na salę. Żadnego instruktarzu, nic. Jedno szczęście, ze wiem jak się trzyma miecz. W przeciwnym razie ten anioł co jest niby trenerem zabiłby mnie już na początku. A teraz się tylko nade mną pastwi.
- Przygotuj się.
Stanęłam w lekkim rozkroku uważnie parząc na koniec jego miecza. I to był mój pierwszy błąd. Nawet nie zorientowałam się, kiedy ruszył do ataku. Znowu leżałam na ziemi.
- Wstawaj.
Nienawidzę go. Naprawdę i szczerze go nienawidzę. A zawsze wydawało mi się, że anioły to słodkie istotki z obrazka, które czują jedynie miłość do ludzi. No i może właśnie tu jest pies pogrzebany. Może nie mogą się gniewać na swoich podopiecznych więc wyżywają się na sobie nawzajem. No cóż, ja nie mam zamiaru być workiem, na którym można się rozładować. Jeżeli chce się odstresować, to tym razem będzie musiał się trochę bardziej postarać.
- Gotowy?
- Dam ci chwilę, jeśli jesteś zmęczona – uśmiechnął się wrednie.
- Dzięki – debil. Zwykły debil.
Rozprostowałam ramiona, zrobiłam kilka skłonów i rozciągnęłam wszystkie mięśnie jakie przyszły mi do głowy.
- Już.
Stanęłam do niego bokiem, trzymając miecz luźno opuszczony do dołu. Przyjął swoją zwykłą postawę. Idiota. Wiedziałam już co zrobi. Jak zwykle zaczął kreślić maleńkie koła ostrzem. To mnie właśnie rozpraszało – to, że poruszał klingą. Najważniejsze były nogi. Widziałam jak delikatnie, prawie niezauważalnie przenosi ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Prawie niezauważalnie. To „prawie” go zdradziło. Nadal stałam w bezruchu. Rzuciłam okiem na jego twarz. To było przelotne spojrzenie, bo całą uwagę skupiłam na pracy jego nóg, ale wystarczyło. Był wściekły. Nie wiedział co kombinuję i to doprowadzało go do pasji. A jak wiadomo w takim stanie bardzo łatwo o błąd, szczególnie jeśli wcześniej było się strasznie pewnym siebie. Wreszcie ruszył. Zdecydowanie zaczął od lewej nogi. Najpierw kilka przekładanych kroków w prawo, potem powrót. W tym samym czasie kreślił ósemki w powietrzu. W zupełnie innym tempie niż chodził. I znowu w prawo. I znowu powrót. Cały czas stałam w bezruchu. Musiałam znaleźć moment, w którym się zawaha. W którym zgubi rytm kroków. I doczekałam się. Zbyt późno oderwał prawą stopę od podłoża, co minimalnie nim zachwiało. Starałam się działać szybko. Poderwany w górę miecz świsnął w powietrzu. Zrobiłam wypad i błyskawiczny odskok. Nie natrafiłam na żadem opór. Czyli chybiłam. Trudno. Trzeba szybko myśleć i jeszcze szybciej się ruszać. Obrót w prawo, ponowny wypad, zasłona. Znowu nic. Krok w przód, cięcie, dwa do tyłu, kolejny obrót. Zamarkowałam uderzenie od góry odsłaniając się. Liczyłam, że da się nabrać. I połknął przynętę. Doskoczył do mnie, dokładnie w tym samym momencie, w którym zaczęłam robić piruet. Nagle znalazłam się za nim, przerzucając miecz za swoimi plecami z prawej do lewej dłoni i cięłam od dołu. Ostrze zatrzymałam dopiero kiedy delikatnie dotknęło jego ramienia. Jak nic bym mu je odcięła. Całe starcie trwało zaledwie minutę, ale zdążyło przyciągnąć całkiem spory tłum. Zanim poczułam radość ze zwycięstwa, usłyszałam głos.
- Nie ciesz się tak. Ja może straciłem ramię, ale ty życie.
Nie rozumiałam o co chodzi. Przecież bym wygrała, gdyby to była walka na serio. I wtedy poczułam na piersi wąskie ostrze. Czyli jednak nie był z niego taki całkiem idiota. W prawej ręce trzymał sztylet, który pewnie by mi wbił, a nawet gdyby nie, to sama bym się na niego nadziała siłą rozpędu, jaką bym władowała w odcięcie mu ręki. Czyli znowu przegrałam. Ale nie leżałam na ziemi. Stałam pewnie na nogach, nadal trzymałam miecz i na dodatek zadałam mu jakąś ranę. Więc można powiedzieć, że osiągnęłam swój cel. Pokazałam, że nie jestem już chłopcem, to znaczy dziewczyną, do bicia. Czyli wygrałam.
Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Zresztą Namiestnik chce z tobą mówić.
Świetnie. Czyli za stawianie oporu idzie się pod sąd wojenny? Ciekawe, jak giną anioły? Bo chyba giną, skoro każą nam tu machać żelastwem. To raczej musi być bolesne. Nie wiem. Nie mam wprawy w umieraniu. Nie pamiętam własnej śmierci. I co tak właściwie się ze mną stanie, jak już mnie ukatrupią? No, przecież teraz to już nie mam dokąd iść. Do żadnego Nieba ani Piekła. Czyli, że co? Przestanę istnieć? Nie będzie już mnie? Tak właściwie to mojej duszy? Zniknie? Ja zniknę? No po prostu świetnie. Trzeba było siedzieć cicho i schować dumę do kieszeni. No a teraz trudno. Żegnaj świecie. Czy raczej żegnaj Niebo i moja wieczności.
- Za talenty jeszcze nikogo nie zabito. Ani w tym ani w innym świecie. A co do umierania, to nikt nie wie, co się z nami dzieje po unicestwieniu. Chyba trafiamy do Niebytu. Ale jakoś nikt nie zrobił jeszcze nic, żeby to sprawdzić. I raczej tak już zostanie.
Spojrzałam przed siebie i zobaczyłam Gabriela. Póki co jedynego anioła, który zachował tyle kultury, żeby się przedstawić i ze mną porozmawiać. Skrzywiłam się, bo właśnie skojarzyłam, że odpowiedział na wszystkie pytania, które kłębiły mi się w głowie. Czyli czytał mi w myślach. A to już mi się nie podobało.
- No to co ja tutaj robię? - spytałam.
- Ogólnie poznajesz podstawy walki mieczem, później nauczysz się rzucać nożami, strzelać, a na końcu walki wręcz. Potem przejdziemy do wiedzy czysto teoretycznej, czyli co będzie należeć do twoich obowiązków i postaramy się ci wyjaśnić co się tak właściwie stało. A teraz idziesz ze mną na rozmowę.
Cudnie. Nadal nic nie rozumiem. A jego najwyraźniej to bawi. Namiestnik. Ciekawe czego.
- Oczywiście Woli Boskiej.
Kurwa.
- To o czym będzie ta rozmowa? - nie powiedział nic na przekleństwo, czyli wychodzi na to, że można przeklinać. Dzięki Bogu, chociaż za to.
- O tym i owym. O wszystkim. Zależy co chciałabyś wiedzieć.
Wyszliśmy z sali treningowej na taras, a z niego zeszliśmy do ogrodów. Czy raczej do jakiegoś parku. Pewnie powinnam zachwycić się pięknem tego miejsca, bo faktycznie było się czym zachwycać, ale jakoś nie odczuwałam potrzeby wyrażania swoich uczuć. I jakoś nieszczególnie mnie to ruszało. Widocznie za życia miałam słabo rozwinięty gust, albo byłam jakaś super nieśmiała. Albo jakaś niewrażliwa. Albo nie wiem jaka jeszcze.
Szliśmy chwilę w milczeniu, aż dotarło do mnie, że coś cały czas uderza mnie w nogę. Okazało się, że ciągle mam przy sobie to cholerne żelastwo. Zaczęłam mocować się z węzłem i gdy w końcu mi się udało, z uśmiechem rzuciłam za siebie pochwę z mieczem.
- Zostawisz to tak? - zapytał Gabriel, przystając, żeby go podnieść. Ale ja go już nie słuchałam. Co on takiego powiedział? Zostawisz to. Zostawisz. Zostawisz. Zostawisz mnie?
Wybiegłam na ulicę. Nie mogłam tam wrócić. Nie teraz. Nie w ten sposób. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Jeśli zniknę. Nie będę już nikogo ranić. Mam wspomnienia. Oni też je mają. Czy będą je pamiętać czy nie, to już ich sprawa. Ja tylko ranię. Nie czują się przy mnie dobrze. Więc po co mam zmuszać ich do tego, żeby się ze mną męczyli?
- Valerie, stój! Zatrzymaj się do cholery!
Wiedziałam kto za mną biegnie. Podświadomie chciałam, żeby to była ona. Ale to też ją najbardziej skrzywdzę, jeśli teraz się odwrócę. Jeśli się odwrócę, nie będę miała dość siły, żeby odejść. Decyzję podjęłam już dawno. Nie wolno mi teraz zawrócić. Tak będzie lepiej. Dla mnie też.
- Stój, słyszysz?!
Odejdź. Daj mi odejść. Zrozum, robię to dla ciebie. Nie będziesz ze mną szczęśliwa. Masz swoich znajomych, masz przyjaciół. Zapomnisz o mnie. Ja mam tylko ciebie, zrozum mnie. Wiem, że nie zrozumiesz tego. Nigdy tego nie zrozumiesz. Po prostu mi zaufaj. Ja też cierpię. Mnie to też boli. Bardziej niż ciebie. Po prostu mi zaufaj.
- Valerie. Proszę cię. Zatrzymaj się.
Jeszcze tylko jedna ulica i wystarczy wsiąść do autobusu. Obojętnie jakiego. Byle odjechać. Daleko. Nie myśl. Po prostu nie myśl. Mam rację. Muszę ją mieć. Tak będzie dla wszystkich lepiej. Już przystanek. Za chwilę odjedziesz.
- Zostawisz mnie? - to był szept.
- Alice...
Odwróciłam się. Dlaczego musisz wszystko utrudniać? Czy nie rozumiesz, że i tak o mnie zapomnisz? Że właśnie odchodząc zaoszczędzę i mnie i tobie bólu? Wyrzutów sumienia? Żalu?
- Alice.. to nie tak..
- Zostawiasz mnie... - cały czas ten sam błagalny szept – Co zrobiłam nie tak? Proszę, zostań.
Zranię cię, zostając. Nie jestem typem człowieka, w którym można mieć przyjaciela. Ja mam problemy sama ze sobą. Nie chcę cię w to wciągać. Zrozum to.
- Zostań... - wyciągnęła do mnie rękę.
Jestem jak pies. Zawsze przyjdę, kiedy mnie zawołasz. Jak pies. Zawsze wierny, zawsze skamlący. Zrobiłam krok w jej stronę. Nie. Nie wolno mi się cofnąć. Robisz to dla niej, pamiętaj o tym. Robisz to dla wszystkich swoich przyjaciół. Robisz to dla niego. Jeszcze jeden krok. I jeszcze jeden. Zatrzymaj się do cholery. Dzieli nas ulica. I niech tak zostanie. Dalej, zmuś się do tego, żeby wsiąść do autobusu. Zaszłaś już tak daleko. Przecież chcesz, żeby wszyscy byli zadowoleni z życia. Przecież powiedziałaś, że poświęcisz siebie w zamian za szczęście innych.
- Valerie, nie ruszaj się. Już po ciebie idę.
Autobus. Autobus. Wejdź do autobusu. Pisk. Nie. To mój histeryczny śmiech. Boże, gdzie jesteś, kiedy cię potrzebuje?
- Ciiii... teraz już wszystko będzie dobrze.. tylko się nie ruszaj.
Głupia. Idzie do mnie. Przechodzi przez ulicę, która miała być pasem ziemi niczyjej. Ta ulica miała zagwarantować ci szczęście. I przy okazji mnie poczucie spełnionego obowiązku. Skazujesz nas obie. Dlaczego nie chcesz mi pomóc? Pisk narasta. To nie ja. To samochód. A Alice jest na ulicy. Boże gdzie ty teraz jesteś?
- Stój! - nie usłyszałam swojego krzyku. Nie miałam szans nic usłyszeć. Poczułam ból. Delikatny. Lekki dyskomfort. A potem już nic.
- Alice...
- Bożee... nieee!!
Żyje. Widzę ją. Nic jej nie jest. Dlaczego się nie cieszy? Przecież wszystko jest w porządku. Podjęłam decyzję. Zostanę tak długo, jak będzie tego chciała. Dlaczego się nie cieszy?
Klęczę, otulona czarnymi skrzydłami.
- Alice... Alice...
- Spokojnie - ciepły głos, który ma w sobie zapowiedź szczęścia.
- Alice... - na policzkach czuję coś ciepłego. Coś słonego. To moje łzy.
- Myślę, że na dzisiaj zakończymy rozmowę.
- Nie zostawiaj mnie... samej... - mój cichy szept. Zakrywam dłońmi twarz, tak jakby to miało ukryć mnie przed światem. Więc tak zginęłam. Ratując w wypadku samochodowym koleżankę. Ratując przyjaciela. Ratując Alice. Wiem, że Gabriela już nie ma. Chowam się jeszcze bardziej. Ze skrzydeł buduje sobie mur, którym się okalam. Nie ma mnie już dla świata. Ja umarłam. Przeze mnie.. przez moje beznadziejne poczucie obowiązku chronienia ludzi, mógł zginąć ktoś jeszcze. Nie mam odwagi powiedzieć głośno kto. Ktoś. Ktokolwiek. Ale zginęłam ja. I dobrze. Dlaczego teraz to mi się przypomniało? Dlaczego moje życie było tak skomplikowane? Tyle uczuć. Chciałam ją chronić. Pojechałam się pożegnać. Na zawsze. Bo panowała we mnie złość. Czysta agresja. Nie chciałam jej skrzywdzić. Musiałam zadać jej ból, żeby mnie nie szukała. Żeby mnie znienawidziła. Żebym nie miała powodów by wracać. Nie tylko do niej. Do innych bezimiennych na razie ludzi, którzy byli ze mną tamtego dnia. Do tej jednej osoby, która była dla mnie wszystkim, a o której nie wiem teraz nic. Moi przyjaciele. Chciałam, żeby byli szczęśliwi. Musiałam odejść. Ale nie myślałam, że tak. Że umrę. Przy niej. Na jej oczach. Że zabiję ją razem z sobą. A przecież nie chciałam zginąć. Po prostu chciałam, żeby żyła. Bo ona na to zasługiwała, a ja nie. Tyle wiem. Kim ja do cholery byłam? Potworem?
Nie wiem ile czasu tak spędziłam. To chyba zresztą bez znaczenia. Tu chyba czas nie płynie. Tu go chyba nie ma. To wieczność. Mój wieczny ból. Tu nie ma lat, nie ma dni, godzin ani minut. Nie ma chwil. Mój ból nie odejdzie. Będzie ze mną już zawsze. Nie osłabnie. Ból straty. A przecież powinnam być szczęśliwa. Przecież Alice żyje. Chyba żyje, prawda? Zostawiłam ją na Ziemi. Oddychającą. Żyjącą. Zostawiłam ją tam. Ale kiedy to było? Ile czasu upłynęło na Ziemi od kiedy tu trafiłam? Co się tam działo?
Wstałam. Nie mam czasu do stracenia. Nie mam czasu, żeby tu siedzieć. Muszę wrócić na Ziemię i wszystko sprawdzić. Tylko jak to zrobić? Ruszyłam przed siebie, ale po paru krokach zawróciłam. Zapomniałam zabrać ze sobą miecz. Już nic nigdy nie zostawię.
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
REKLAMA
ARTYKUŁY O PODOBNYM TEMACIE
zobacz więcej
5 NAJLEPIEJ OCENIANYCH ARTYKUŁÓW