Ithink.pl - Dziennikartstwo Obywatelskie
Jaki tam ze mnie Nostradamus
dodano 16.11.2009
Dokładnie sześć lat temu opisałem w GW chore mechanizmy, których doświadczałem w TVP. Zapewne naiwne jest tamto moje myślenie, ale w świetle reflektorów dzisiaj obnażających beznadzieję tej firmy postrzegam je jako prorocze.
A jednak zostałem zewnętrznym producentem telewizyjnym. Bez wódki, kolegów i łapówek. Per aspera ad astra Udało mi się dotrzeć do redakcji, które chętnie kupowały moje pomysły i audycje. Z jedną nawet nawiązałem stałą współpracę. Produkowałem przede wszystkim programy edukacyjne, historyczne, trochę publicystyki i filmy dokumentalne. Powstawało tego kilka godzin emisyjnych rocznie. Kosztorysy początkowo były przyjmowane jako załącznik do umowy. Dopiero gdzieś w 1997 roku przedstawiciele TVP zaczęli negocjować ceny audycji. Nabierałem skrzydeł. Zdobyłem kilka zawodów. Byłem nie tylko dziennikarzem i producentem. Pisałem też scenariusze, reżyserowałem, realizowałem zdjęcia i nauczyłem się sztuki montażu. Kochałem tę pracę. Może tym bardziej że nigdy nie kwestionowano jej merytorycznego ani technicznego poziomu. Moje audycje emitowano w mniej atrakcyjnych, przedpołudniowych pasmach, ale i tak jednorazowo oglądało je po kilkaset tysięcy osób. Widzowie pisali listy - dopytywali się o szczegóły, czasem coś prostowali. Czułem się spełniony jako twórca i człowiek niezależny. W tym czasie byłem również przekonany, że tryby Telewizji Polskiej co prawda z oporami, zgrzytami i wielką niechęcią, ale jednak coraz śmielej realizowały porządek medialny przewidziany przez autorów ustawy. Zamawiano programy u producentów niezależnych i coraz baczniej przeglądano ich kosztorysy. Z drugiej strony dostrzegałem wielkie marnotrawstwo środków. Jakim cudem w regionalnych ośrodkach można było utrzymywać drogie studia, biurowce i setki pracowników, które produkowały dziennie dwie, trzy godziny programu? Stąd też nie dziwiła mnie dysputa rozpoczęta bodajże w 1995 roku, a dotycząca prywatyzacji oddziałów terenowych TVP. Rozpatrywano także wariant stworzenia przy ich udziale programu ogólnopolskiego na wzór niemieckiej ARD. W takim układzie prywatyzowany byłby Program 2 TVP. To były rozsądne głosy. Natomiast głosem zdecydowanie na wyrost i impulsywnym wydawał mi się postulat Andrzeja Wajdy, który na łamach "Gazety Wyborczej" nawoływał do całkowitej likwidacji Telewizji Polskiej. Nowa TVP miała być stworzona przez zupełnie innych ludzi. Starą ekipę z Woronicza Andrzej Wajda postrzegał jako podstawowy hamulec rozwoju rzetelnej, misyjnej i nowoczesnej telewizji publicznej. Uważałem wtedy, że Mistrz reaguje emocjami, że należy dać zarządzającym Telewizją Polską nieco czasu, aby przeprowadzili niezbędne reformy. Jakże się myliłem. Reformy i reorganizację, owszem, przeprowadzono. Tylko dokąd one zaprowadziły telewizję publiczną? Marża ośrodków regionalnych Czasy prezesów Wiesława Walendziaka i Ryszarda Miazka były okresem nadziei i pracy. Każdy z nich realizował prywatę i interesy partyjnych kolegów. Niemniej poruszano się w granicach obowiązującego prawa. Inna sprawa, czy to prawo jest doskonałe i czy nie łamano norm etycznych. Walendziakowa ekipa pampersów robiła dużo szumu. Pozajmowała trochę kluczowych stanowisk i sporo dobrego czasu antenowego. Pojawiły się agresywne, prawicowe audycje publicystyczne i programy katolickie. Na antenie prezentowali się jacyś śmieszni, niby to kontrowersyjni kowboje. To wszystko trzeba było traktować jak folklor albo przyjąć do wiadomości, że nasze społeczeństwo jest różnorodne, a ramówka TVP jest tego odbiciem. Natomiast zmiany kadrowe i organizacyjne były w gruncie rzeczy powierzchowne. Mimo wszystko Walendziak i jego ekipa stworzyli solidne podstawy do budowy programu dobrej telewizji publicznej. Dynamicznie rozwijała się Telewizja Edukacyjna, kwitł Teatr Telewizji, w pasmach o najlepszej oglądalności pokazywano niezłe filmy, a bloki reklamowe nie ryczały dziesiątkami decybeli. Miazek tamtych wymienił na swoich i serwował PSL-owską propagandę widoczną zwłaszcza w programach informacyjnych. A jednak, analizując programy ramowe stworzone za prezesury Walendziaka i Miazka, łatwo zauważyć, że była to telewizja publiczna. No, może czasem publiczno-komercyjna. Później te proporcje miały się odwrócić. PSL-owski prezes TVP ramówki nie zepsuł, inwestował w technikę, kupował audycje z zewnątrz, ale zaczął też marnować pieniądze. Nadal zatrudniano około sześciu tysięcy osób. Zrezygnowano z pomysłów uzdrowienia sytuacji w ośrodkach regionalnych utrzymywanych z warszawskich dotacji. Właśnie wspieraniu regionalnych ośrodków służyła osobliwa praktyka upowszechniona u schyłku rządów prezesa Miazka. W 1997 roku redakcjom na Woronicza podobno znacznie poobcinano budżety. Na kupowanie audycji od producentów niezależnych nie miały pieniędzy. Albo udawały, że nie mają. Kupowały więc za pośrednictwem ośrodków regionalnych. Bo jak się okazało, były jeszcze pieniądze w osobnej budżetowej szufladce przeznaczonej na zakupy od oddziałów terenowych. Zainteresowany redaktor z Woronicza wskazywał kierownika produkcji w wybranym ośrodku regionalnym TVP i z nim należało nawiązać kontakt. Technicznie odbywało się to tak, że producent zewnętrzny ustalał z odpowiednią redakcją w Warszawie, co i za ile wyprodukuje, a centrala Telewizji umieszczała tę pozycję w swojej ramówce. Następnie producent zewnętrzny dzwonił do wskazanego ośrodka TVP, gdzie dowiadywał się, że jego audycja jest za droga i ośrodek nie może jej kupić za takie pieniądze. Ośrodkowi kierownicy produkcji zbijali nasze wynagrodzenia, ile się dało, czasem przekraczając granice opłacalności. Co jednak można zrobić, jeśli audycja jest już gotowa? Sprzedać ją po cenie niekorzystnej albo stracić wszystko, co się zainwestowało. Formalnie centrala na Woronicza nie kupowała programu ode mnie, tylko od ośrodka. Tym samym załatwiano co najmniej dwie sprawy. Po pierwsze, oddział TVP zarabiał pieniądze za wymuszone pośrednictwo, gdyż kupioną ode mnie audycję po nałożeniu swojej marży (od 30 do 100 proc.) sprzedawał centrali. Po drugie - można było w ten sposób łatwiej wypełnić narzucony przez ustawę (art. 15A poz. 1 i 2) obowiązek nadawania pewnej liczby programów polskich wyprodukowanych przez niezależnych producentów. Bo pełni inwencji pracownicy TVP liczyli dwa razy tę samą audycję. Raz liczył ją regionalny ośrodek TVP, bo przecież podpisywał ze mną umowę. Wątpię, czy rzeczywiście ją emitował, ale w papierach wszystko grało. Kiedy Program 1 czy 2 TVP kupował tę samą audycję od swojego oddziału, ponownie wliczał ją do kwot emisyjnych. Przecież każda antena jest objęta osobną statystyką. O tym wiedzieli wszyscy producenci zewnętrzni, ale nigdy nikt się z tą wiedzą nie ujawniał ani też nie zaprotestował.
To oczywiste, bo Telewizja Polska wobec setek zewnętrznych kooperantów jest monopolistą. Kto się wychyla, ten czyni to po raz ostatni. Innym przykrym nadużyciem wobec producentów zewnętrznych było selektywne przestrzeganie przepisów o jakości technicznej audycji. Według instrukcji działu technicznego TVP audycje mogły być produkowane wyłącznie w technologii Betacam SP. Tymczasem w 1996 roku na antenach ośrodków regionalnych zaczęło się pojawiać sporo produkcji, do których zdjęcia realizowano w formatach tańszych - SVHS, Hi 8 czy cyfrowym DV. Jakość tego była marniutka, ale jakiż zysk, bo przecież TVP kupowała audycję jako pełnowartościowy materiał. Ktoś musiał tylko przymknąć oczy na odbiór techniczny. Nie wierzę, że zarabiali na tym tylko producenci-kolesie decydentów z ośrodków. Nikt nic nie wie.
W czerwcu 1998 r. stało się to, co było do przewidzenia - walne zgromadzenie akcjonariuszy nie skwitowało zarządu Ryszarda Miazka. Natomiast nowy zarząd od razu wystartował ze skandalem, który jednak przemknął bez echa. Tylko Monika Olejnik w "Trójce" pytała dociekliwie Waltera Chełstowskiego (został członkiem zarządu TVP z rekomendacji Unii Wolności), czy powinien zasiadać w kierownictwie Telewizji, skoro jako producent sprzedaje tej samej firmie swoje audycje. Pan Chełstowski naturalnie nie widział w tym niczego zdrożnego. Trzydziestotysięczne wynagrodzenie, które wtedy wzbudziło pewne emocje, uznał za jak najbardziej odpowiednie. Pomimo wszystko po mało przejrzystych relacjach panujących w Telewizji w czasach Miazka postawa Kwiatkowskiego wzbudzała nadzieje. "Rzeczpospolita" z 27 czerwca 1998 roku cytowała jego wypowiedź tuż po wyborze na prezesa zarządu: "(...) mówił, że najważniejsze zadania dla nowego zarządu to: oddzielenie funkcji nadawczych od producenckich, wprowadzenie zasad konkurencji wewnątrz spółki, uruchomienie kanałów tematycznych i kontrola nad obecnością przemocy w programach. Zapowiedział też, że zajmie się uregulowaniem stosunków między światem polityki a Telewizją (na zasadach autonomii i niezależności)". Jako producent niezależny mogłem takiemu oświadczeniu tylko przyklasnąć i niecierpliwie oczekiwać na zapowiadane zmiany. Do końca 1998 roku nie działo się nic specjalnego. Trochę rwały się kontakty z redakcjami. Może dlatego, że nie do końca wiedziały, na czym stoją i co jest grane. Niemniej nadal znakomicie układała się współpraca z Telewizją Edukacyjną. W połowie lutego miałem się pojawić w Warszawie, aby podpisać kontrakt. Nigdy do tego nie doszło, gdyż z dnia na dzień rozwiązano redakcję. Jej zobowiązaniami wobec kogoś tam nikt się nie przejmował. Pozostawało czekać, aż sytuacja się ustabilizuje. Jednak reforma się przeciągała. W TVP zdawkowo odpowiadali, że nikt nic nie wie i czekają. Teraz rozmowy z redaktorami były raczej krótkie i konkretne. Ich treść była identyczna zarówno w 1999, jak i 2000 roku. KONTAKT PIERWSZY Dzień dobry, czy nie zechciałby(aby) pan/pani przejrzeć moich scenariuszy? - Tak, czego dotyczą? - Tego i owego (wyjaśnienia). - Bardzo proszę przesłać faksem. KONTAKT DRUGI - Dzień dobry. Czy przejrzał(a) pan/pani już moje scenariusze? - Tak. Interesuje mnie scenariusz X i Y, ale w związku z reformą firmy nie wiem, czy będą pieniądze. Zresztą chyba kto inny będzie decydował o zakupie audycji. I to tyle. Pieniędzy nie było. Dla takich jak ja.
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
REKLAMA
ARTYKUŁY O PODOBNYM TEMACIE
zobacz więcej
5 NAJLEPIEJ OCENIANYCH ARTYKUŁÓW