45 minut pijanego "tatusia"
dodano 06.04.2007
Myślę od dwóch dni o tym co się stało. Cały czas wierzę, że postąpiłem właściwie. Chcę opowiedzieć, poddać pod osąd swoją decyzję. Nie boję się krytyki, boję się śmierci wrażliwości...
Spacer trwał kilkanaście minut. Doszliśmy wreszcie do budynku, gdzie jak się domyśliliśmy, mieszkał ów mężczyzna. Zapytaliśmy przechodzącą dziewczynkę, czy zna tego Pana i pod jakim numerem mieszka. Gdy odpowiedziała, że wie, i że ma on trójkę dzieci, po raz trzeci zadzwoniłem na policję i podałem dokładny adres, gdzie się znajdujemy. Tym razem długo nie czekaliśmy. Od trzeciej rozmowy minęło może 3 - 4 minuty (od pierwszego zgłoszenia 25-30 minut ), gdy przyjechał patrol. Po chwili policjanci wynieśli na rękach dziewczynkę i sprowadzili "tatusia". Okazało się, że w domu nikogo więcej nie było - matka dzieci była w pracy. Policjanci zabrali także kilkuletniego syna "tatusia", który w trakcie interwencji wracał do domu i rozpoznał w samochodzie ojca.
Zastanawiam się, czy dobrze postąpiłem, czy dzieci nie zostaną umieszczone gdzieś w placówce opiekuńczej, czy powinienem był się wtrącać, przecież tylu ludzi mijało tego człowieka i nikt nie zareagował... Cały czas wracam jednak myślami do podstawowego argumentu - najważniejsze jest dobro dziecka. Przecież jego ojciec - który notabene nie zasługiwał w tym artykule na takie określanie - nie wywiązywał się ze swojej powinności i narażał je na utratę zdrowia. A może się mylę?
Nurtuje mnie jeszcze jedno poważne pytanie - dlaczego policja przyjechała po blisko 30 minutach? DLACZEGO!?
wróc do artykułów