Ithink.pl - Dziennikartstwo Obywatelskie
Faszyści na Marsie i na ekranie
dodano 05.12.2009
Recenzja trzech filmów:
Jeśli przyjmiemy odważną tezę, że odmianą faszyzmu był frankizm (doktryna polityczna stworzona przez osławionego generała Francisco Franco), to na listę „filmów o faszyzmie” śmiało można wpisać „Labirynt fauna” („Laberinto del fauno”, „Pan‘s Labyrinth”) z 2006 roku. Jest to amerykańsko-meksykańsko-hiszpańska (a co za tym idzie: hiszpańskojęzyczna) produkcja w reżyserii Guillermo del Toro, z gatunku tych, o których mamy, babcie i gospodynie domowe mówią „ładny film” lub „wyciskacz łez”. Lojalnie uprzedzam, że obejrzałam nieco ponad połowę tego filmiska, toteż w mojej recenzji będę się opierać tylko na tym, co zdołałam przetrawić. Zacznę od tego, że film jest bardzo estetycznie nakręcony - wszystkie ujęcia są dopracowane i ładne „jak z obrazka”. Nie dziwię się więc, że produkcja otrzymała Oscara m.in. w kategorii „najlepsze zdjęcia”. Niestety, to, co jest piękne na zewnątrz, wcale nie musi być piękne w środku. Czasami zdarza się wręcz, że pod śliczną powierzchownością ukrywa się absolutna pustka, płycizna, ubóstwo duchowo-intelektualne. Tak jest w przypadku „Labiryntu fauna”. Sam pomysł obiecuje nam dosyć wiele, albowiem w filmie przeplatają się dwie kontrastujące ze sobą płaszczyzny: ta prawdziwa (II wojna światowa, koniec wojny domowej w Hiszpanii, rozmaite obrazy nędzy i rozpaczy) oraz ta fantastyczna (pełna faunów, fruwających wróżek, zaczarowanych ropuch etc). Scenariusz jest prosty jak budowa cepa: 11-letnia miłośniczka baśni, Ofelia, przybywa w 1944 roku do domu swojego ojczyma - despotycznego dowódcy wojsk frankistowskich, kapitana Vidala, „który uważa, że jest Świętym Mikołajem, a tak naprawdę jest Świętym Mikołajem Nieszczęścia” (przepraszam za sformułowanie rodem z amatorskich reportaży Internauty Pawelzondzi!). Wrażliwa i czuła dziewczynka, pragnąc zapomnieć o okrucieństwach wojny, z którymi spotyka się na co dzień, ucieka w świat marzeń, gdzie przeżywa szereg nieprawdopodobnych przygód jako Księżniczka-Nie-Z-Tej-Ziemi (istnieje jednak teoria, według której ten baśniowy wątek nie jest wyobrażeniem egzaltowanej nastolatki, tylko najprawdziwszą prawdą!). Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że ten film jest po prostu… pusty. Guillermo del Toro nie przeskoczył poprzeczki, którą tak wysoko sobie postawił, nie zdołał zrobić arcydzieła z filmu, który miał na to zadatki, zmarnował bardzo dobry pomysł artystyczny. „Labirynt fauna” to film niesłychanie płytki, schematyczny i stereotypowy. Ukazana w nim wizja wojny jest naiwna - reżyser przedstawia ją w sposób powierzchowny, stronniczy, infantylny i głupiutki, nie próbuje dotrzeć do istoty problemu, zadowalając się raczej tym, co widać na pierwszy rzut oka. „Labirynt…” nie zawiera żadnych głębokich refleksji, toteż - pomimo poważnej tematyki - nie wymaga od odbiorcy wkładu intelektualnego. „Dziełeczko” nie mówi nam też zbyt dużo na temat historii, a przez swoją beztroskę i płyciznę prowadzi wręcz do zafałszowania rzeczywistości (autor otwarcie faworyzuje komunistów, robi z nich pokrzywdzonych męczenników, zasługujących na pomoc bohaterów pozytywnych oraz współczucie widzów. A przecież zwolennicy komunizmu wyrządzili światu jeszcze więcej krzywd niż faszyści! Ech, oglądając tę tandetę, często zadawałam sobie pytanie: „Rany, kto to kręcił?!”). Co najgorsze, reżysera bardziej interesuje wątek baśniowy i towarzyszące mu efekty specjalne niźli przekazywanie prawdy historycznej, odtwarzanie realiów z czasów dyktatury generała Franco. Kompletny brak refleksji tuszuje się tutaj słodkimi, sentymentalnymi, pełnymi ckliwości i czułości scenkami, które obligują odbiorcę do szlochania, łkania i wzdychania (bardzo rzewna jest zresztą sama ścieżka dźwiękowa z „Labiryntu…”. Mam tu na myśli tę cichą, mrukliwą, melancholijną kołysankę, która - zgodnie z planem - doprowadziła do płaczu nawet mnie). Proste wzruszenia w filmie, który miał być ambitny i inteligentny? To smutne, ale prawdziwe! Jedynym usprawiedliwieniem dla takiego stanu rzeczy może być fakt, że główną bohaterką „dzieła” jest 11-letnia dziewczynka, która nie rozumie sensu wojny i postrzega ją jako nie kończące się pasmo agresji. Reasumując: „Laberinto del fauno” jest filmem bogatym pod względem formy, lecz bardzo ubogim treściowo. Ot, prymitywne połączenie „Opowieści z Narnii” albo „Alicji w Krainie Czarów” z pierwszą częścią „Karola. Człowieka, który został papieżem”. Takie „słodkie pierdzenie” - jak by to powiedział pewien człowiek znany z Youtube (bynajmniej nie Pawelzondzi). Nie polecam, bo ten film naprawdę mnie rozczarował!
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
REKLAMA
ARTYKUŁY O PODOBNYM TEMACIE
zobacz więcej
5 NAJLEPIEJ OCENIANYCH ARTYKUŁÓW