Ithink.pl - Dziennikartstwo Obywatelskie
Przypadek doktora Frankowskiego
dodano 06.03.2007
HAMLET „Przyjmij je zatem i nie próbuj pojąć. Więcej jest rzeczy w niebie i na ziemi, Niż się wydaje naszym filozofom, Drogi Horacjo.” William Shakespaere
Kolejny wstrząs wyrwał mnie gwałtownie ze snu. Powóz wpadł po raz kolejny w dziurę, a dodatkowo, co chwilę błyskawica rozświetlała szare jesienne niebo, a grzmot mącił spokój. Podniosłem kołnierz mojego płaszcza i mocniej wtuliłem się w gruby pled.
- Bedzie lało panocku - rzucił przez zęby woźnica i wypluł na błotnistą drogę niedopałek. Był to krzepki chłop z sumiastym wąsem z pokroju tych, co to jeszcze nie zepsuci przez cywilizację: uczciwy, silny i prostolinijny, a że lubił wypić, cóż każdy ma jakieś wady. Na chrzcie dali mu Maciej. - Panocku zajadę do gospody, co by konie odpoczęły, a i my byśmy przed deszczem uciekli.
- Dobrze Macieju zatrzymamy się na noc w gospodzie. - Woźnica odpalił kolejnego papierosa, wypuścił kłąb dymu i zaciął konie. Błyskawica rozświetliła niebo i przydrożnego Chrystusa, który smutno spoglądał na nas ze swojego krzyża. Pierwsze krople deszczu zaczęły kapać leniwie z nieba.
Byłem doszczętnie przemoczony i zziębnięty, gdy przekraczałem próg gospody. W środku panowało przyjemne ciepło, które biło od huczącego wielkiego kominka. Za drewnianą ladą stał tęgi łysawy jegomość w brudnym mocno sfatygowanym fartuchu.
- Czym mogę służyć jaśniepanu? - zapytał z nutką lizusostwa w głosie.
- Chciałbym pokój na jedną noc dla mnie i mojego woźnicy i coś gorącego do zjedzenia.
- Już się robi jaśniepanie. Maryśka! Zaprowadź pana na górę i oblecz pościel. - Maryśka, młoda wiejska dziewucha zaprowadziła mnie do pokoju na piętrze i przygotowała posłania, a zaraz potem napełniła cynową balię gorącą wodą. Na krześle położyła świeże ręczniki i kłaniając się nisko zostawiła mnie samego.
Pioruny biły co raz, a deszcz uderzał jednostajną kanonadą w szyby i dach gospody. Siedziałem odświeżony i syty nad kielichem grzanego miodu paląc cygaro i wypuszczając kłęby dymu. Przy kontuarze siedzieli miejscowi chłopi i raczyli się wódką. Marcin po oporządzeniu koni dołączył do nich.
Nagle przeciąg zdmuchnął płomień mojej świecy i zimny powiew wiatru wpadł nieproszony do izby. Do gospody wszedł jegomość w okularach, ze skórzaną czarną torbą, jaką najczęściej nosili ze sobą lekarze. Omiótł wzrokiem izbę i zajął miejsce przy kominku. Chłopi przy barze umilkli i patrzyli dziwnie na nocnego gościa, po czym powoli jeden po drugim zaczęli opuszczać izbę. Ponownie przyjrzałem się owemu człowiekowi i teraz zrozumiałem zachowanie chłopów. Gość ów był bezwzględnie suchy mimo szalejącej ulewy, a nie posiadał nawet parasola, był suchy jak przysłowiowy pieprz. Zaintrygowało i mnie to i nabrałem przemożnej ochoty poznania owego osobnika. Nie wyglądał na chłopa raczej na inteligenta, a może nawet szlachcica. - Może to jakiś miejscowy ekonom na usługach dworu? - Pomyślałem. Torba lekarska była elegancka, podobnie jak okulary i inne elementy ubioru. Buty mimo błota czyste i wyglansowane. Właśnie gospodarz podawał mu półmisek dymiącego jedzenia i dzban grzanego miodu, gdy powziąłem decyzję, że za wszelka cenę muszę z nim porozmawiać.
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
REKLAMA
ARTYKUŁY O PODOBNYM TEMACIE
zobacz więcej
5 NAJLEPIEJ OCENIANYCH ARTYKUŁÓW