Ithink.pl - Dziennikartstwo Obywatelskie
Przypadek doktora Frankowskiego
dodano 06.03.2007
HAMLET „Przyjmij je zatem i nie próbuj pojąć. Więcej jest rzeczy w niebie i na ziemi, Niż się wydaje naszym filozofom, Drogi Horacjo.” William Shakespaere
Opowieść doktora Frankowskiego.
Wychowywałem się w rodzinie, gdzie nauka była traktowana niemal jak religia. Ojciec był profesorem literatury klasycznej i filozofii, matka doktorem chemii. Byłem jedynakiem, hołubionym, rozpieszczanym, ale też pokładano we mnie nadzieje związane z jakąkolwiek dyscypliną naukową. Podejrzewam, że rodzice nie przeżyliby, gdybym był zwykłym chłopcem, a nie rządnym wiedzy młodzianem. Gdy skończyłem cztery lata miałem już guwernera, który uczył mnie łaciny, historii, literatury i dobrego wychowania. Potem ukończyłem najlepszą szkołę podstawową w mieście, gimnazjum, szkołę średnią, nie licząc masy dodatkowych zajęć pozaszkolnych jak taniec, poezja, teatr, czy nauka gry na skrzypcach. Po latach edukacji obowiązkowej przyszedł moment na wybór studiów. Pierwszy raz w moim życiu miałem zadecydować sam, jaką dziedziną nauki się zajmę. Jak panu już wspominałem rodzina moja to melanż chemii i filozofii, literatury i matematyki, co wyraźnie dało się zauważyć, gdy rodzice próbowali zareklamować każde swoją katedrę. Kochałem ich bardzo i nie chciałem ich zawieść swoim wyborem. Powiedziałem im, że muszę się zastanowić i odetchnąć od rodzinnego miasta. Pragnąłem wyjechać na jakiś czas i przemyśleć wszystko od samego początku. O dziwo zgodzili się.
Wybrałem Londyn. Europejska stolica ze wszystkimi jej zaletami. Zbyt daleka by rodzice zechcieli mnie odwiedzać w każdy weekend.
Londyn przywitał mnie typową londyńską mgłą i mżawką. Zamieszkałem w dzielnicy Richmond, nieco oddalonej od centrum, ale spokojnej i pełnej zieleni. Gdy mialem ochotę zwiedzić centrum wsiadałem w kolej i po trzech kwadransach spacerowałem wzdłuż Tamizy podziwiając Big Bena i Parlament. Atmosfera Londynu bardzo mi odpowiadała, flegma wyspiarzy i ich powściągliwość była dla mnie jak lekarstwo po wspólnym mieszkaniu z nadopiekuńczymi rodzicami i tłumem służących i nauczycieli. Tutaj miałem wreszcie spokój i samotność, za którą tak tęskniłem. W wolnych chwilach siadałem na ławce obok Tamizy i zaczytywałem się w Byronie, lub Homerze. To byli moi najlepsi przyjaciele. Jedyny mankament, który mnie dręczył, to pogoda tego miasta, te ciągłe mgły i deszcze, kałuże rozchlapywane kołami powozów i katar, który wiecznie mi towarzyszył.
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
REKLAMA
ARTYKUŁY O PODOBNYM TEMACIE
zobacz więcej
5 NAJLEPIEJ OCENIANYCH ARTYKUŁÓW